Kołdra jak burrito i filmowe odkrycia

Na kolejne wspomnienie o walentynkowych planach przewracasz oczami i chcesz jak najszybciej uciec pod kołdrę, a najlepiej w ogóle spod niej nie wychodzić przez calutki dzień. Moda na domowe burrito (w lutym szczególnie) trwa, a idealnym kompanem dla domowych pieleszy jest jak wiadomo książka. Albo film. Tym razem będzie o filmach, które warto obejrzeć. Nie znajdziecie tu Pięćdziesięciu twarzy Greya ani innych tego typu produkcji, ale o tym pewnie wiecie, jeśli tu zaglądacie nie od dzisiaj. Za to podzielę się z Wami filmami, które ostatnimi czasy zrobiły na mnie duże wrażenie. Zobacz więcej

Enough Said | About Time

Odkąd zasypiam z serialami (jeden odcinek przed snem), brakuje mi czasu na dwugodzinne filmy. Takie najlepiej oglądać w kinie, w skupieniu i bez rozpraszaczy typu: pójdę sobie zrobić herbatę czy zdrzemnę się dwadzieścia minut, a potem budzę się i nie wiem, co się dzieje. W przypadku tych dwóch filmów było jednak inaczej. Nie są to nowości, ale tak pięknie i bezpretensjonalnie opowiedziane, że trzeba je zobaczyć. Zobacz więcej

Przekleństwa niewinności

Na wakacje często zabieram ze sobą klasyków. I chociaż od mojego wyjazdu minęły już dwa miesiące, to nadal nie opisałam wszystkich książek, które wtedy przeczytałam. Jak to się ładnie mówi, lepiej późno niż wcale. Także tak. Akurat wyszło nowe wydanie Przekleństw niewinności, więc postanowiłam, że odświeżę sobie tę powieść. Po raz kolejny obejrzałam też film i poczułam, jak wielką moc ma historia sióstr Lisbon. Już jedna z pierwszych scen, gdy Cecilia na pytanie lekarza, czemu chciała popełnić samobójstwo, odpowiada: najwyraźniej doktorze, nie był pan nigdy 13-letnią dziewczynką – jest dla mnie kwintesencją całego filmu. Zobacz więcej

take this waltz | nieulotne

dwa wieczory i dwa filmy. jeden zachwycający, lekki, zabawny, mimo że jednocześnie balansujący na granicy smutku i melancholii. że też jeszcze kręcą takie filmy – zaskakujące. drugi – rozczarowujący, niby subtelny, ale jednak nijaki. spodziewałam się porządnej emocjonującej gry, a otrzymałam jakieś skrawki emocji. jak myślicie, który z tych dwóch filmów okazał się hitem?
hitem okazał się take this waltz. to perełka na tle szerokiego grona produkcji filmowych ostatnich lat. gdy myślę o podobnych filmach, przychodzą mi na myśl: an education albo beginners. podobny typ produkcji. film wyreżyserowany został przez sarah polley, którą możecie kojarzyć z życia ukrytego w słowach. od razu widać, że dla aktorki-reżyserki aspekt emocjonalny ma wielkie znaczenie i wie jak go pokazać w filmie, by nie zanudzić widza.
już w pierwszych minutach można zauważyć, że główna bohaterka margot (znakomita michelle williams) ma w sobie duże pokłady niepokoju, które karmi prostymi, domowymi czynnościami, organizując sobie schronienie w przytulnym domu i małżeństwie. gdy w podróży poznaje daniela, od razu przypadają sobie do gustu. rozmowa w samolocie staje się początkiem relacji. rozstają się w taksówce, ale nie na długo, gdyż okazuje się, że mieszkają na tej samej ulicy. tyle że margot ma kochającego męża i nie jest zainteresowana żadnym romansem.
i tu zaczyna się gra, przede wszystkich na emocjach. polley nie podsuwa żadnych radykalnych rozwiązań, nie kusi bohaterów, a mimo wszystko da się wyczuć, że tu coś iskrzy, a tam coś zgrzyta. margot co chwila zapewnia lou (męża) o swojej miłości, tak jakby próbowała zaklinać rzeczywistość. stawia na spontaniczność i na rozmowy, tymczasem jej mąż zajęty jest opracowywaniem przepisów do swojej książki kucharskiej i nie ulega  nastrojom żony. myśl o nieposkromionym sąsiedzie nie daje spokoju. daniel małymi krokami wchodzi w jej życie. niewinne i z pozoru przypadkowe spotkania z wolnym ptakiem, artystą, człowiekiem bez zobowiązań są ciekawą odskocznią od spokojnego, poukładanego małżeństwa. nie ma tu jednak mowy o romansie, bo to bezpieczne życie aż tak nie przeszkadza, by od niego uciekać.
scena na karuzeli jest kwintesencją tego filmu, ale też taniec do tytułowej piosenki take this waltz autorstwa leonarda cohena. w tej produkcji wszystko idealnie współgra ze sobą. emocje są na wyrównanym poziomie. bohaterowie podejmują przemyślane decyzje, które są wynikiem analitycznego podejścia do swoich potrzeb i szukania takich rozwiązań, które nie będą uwierać. kryzys powstały w małżeństwie nie wynika z żadnej tragedii. czasem po prostu tak się dzieje, a bohaterowie muszą sobie z tym poradzić na swój własny, najlepszy dla siebie sposób.
zupełnie odwrotne wrażenia mam po nowym filmie jacka borcucha nieulotne. spodziewałam się, że reżyser wzniesie się na wyżyny. tymczasem jest to nieudana i trochę niestrawna próba nakarmienia widza pięknymi zdjęciami i dramatem w tle. owszem, michał englert – autor zdjęć do filmu, zasługuje na uznanie i cieszy fakt, że dostał nagrodę na festiwalu w sundance, ale to trochę mało, by uznać film za wartościowy. moim zdaniem, borcuch pogubił się w tej produkcji. mamy tu romans młodych ludzi, mamy tragedię, która zmienia ich życie… ale nie do końca wiadomo, po co to wszystko. para studentów teoretycznie zderza się z bolesną rzeczywistością, ale tak naprawdę to zderzenie jest sztuczne, nijakie, wymyślone. spodziewałam się głębszych emocji, a nie bazowania na nieszczęśliwym wypadku.
od tego typu filmów nie oczekuję wielkiej fabuły czy pełnej zwrotów akcji, ale pewnego wejścia w psychikę bohaterów. tutaj mi tego zabrakło, tak jakby borcuch chciał przechytrzyć widza i omamić go kilkoma dramatami, a raczej strzępkami dramatów. jest kilka momentów, które zapadają w pamięć, zwłaszcza pierwsza część filmu, czyli to co działo się w hiszpanii. piękne ujęcia i dobry początek to jednak za mało, by długo pamiętać o tym filmie. nieulotne zdecydowanie stanie się ulotne.

filmy sierpnia

kończy się sierpień, wiec przybywam z kolejną dawką filmów. na pierwszy ogień film lily (inaczej: lily sometimes; w oryginale: pieds nus sur les limaces), który obwieszczam produkcją miesiąca, a nawet półrocza. film opowiada historię dwóch sióstr, które wydają się nie mieć ze sobą wiele wspólnego. clara jest poważną i odpowiedzialną panią adwokat, a dużo młodsza lily jest jej zupełnym przeciwieństwem – szalona, ekscentryczna, niezrównoważona. po śmierci matki clara wraca na wieś, by zaopiekować się swoją nieprzewidywalną siostrą. i chociaż wydaje się, że lily to chodząca autodestrukcja, to na koniec okazuje się wybawieniem dla wiecznie kontrolującej się clary. piękny, ciepły film, podobny do martha macy may marlene. tematyka praktycznie ta sama, tylko zupełnie inne zakończenie.

kolejny film to happy, happy, czyli typowa tragikomedia w wykonaniu zdystansowanych do siebie i życia norwegów. kto lubi skandynawskie kino, ten będzie zachwycony. historia dwóch par, które próbują sobie radzić z problemami osób znudzonych związkami, a że rzecz dzieje się w małym miasteczku, wszystko szybko wychodzi na wierzch. film można opisać w trzech słowach: zimno, mrocznie, absurdalnie. 

lubicie serial girls? jeśli tak, to spodoba wam się tiny furniture, którego reżyserką i główną aktorką jest lena dunham. trzeba przyznać, że młoda dziewczyna stworzyła ciekawy projekt. jej bohaterka jest mało atrakcyjna, ma 22 lata i brak perspektyw na przyszłość. film został nakręcony w 2010 roku i jest praktycznie pełnometrażową wersją serialu girls. ostrzegam: ci, którzy już dawno dojrzewanie mają za sobą, mogą poczuć się znudzeni. 

ostatni film to dokument o wdzięcznym tytule jiro dreams of sushi. jiro od czterdziestu lat prowadzi słynny tokijski lokal sukiyabashi, w którym posiłek kosztuje minimum trzysta dolarów, a stolik trzeba rezerwować z miesięcznym wyprzedzeniem. jiro jest mistrzem w tym co robi. każdego dnia poświęca się pracy, nie uznaje urlopów i dowodzi, że codziennymi, małymi kroczkami można osiągnąć mistrzostwo. jiro to artysta, który wierzy w to, co robi, a potrawy, które przygotowuje, wyglądają obłędnie.

to tyle, jeśli chodzi o sierpniowe produkcje. pełna lista obejrzanych przeze mnie filmów znajduje się TUTAJ.

tymczasem uciekam się pakować, jutro budapeszt! :)

filmy lipca

wczorajsza wizyta w kinie uświadomiła mi, jak mało w ostatnich miesiącach obejrzałam filmów (pełna lista TU). tym bardziej chciałabym podzielić się tymi, które zdecydowanie przypadły mi do gustu. 
alexander payne, reżyser spadkobierców, spisał się na medal. może nie na oscara, ale na solidne miejsce na podium. akcja komediodramatu dzieje się na hawajach, ale nie jest to raj na ziemi, a przynajmniej nie dla głównego bohatera. george clooney jako prawnik, który musi uporać się z wypadkiem żony, z dwoma rozhisteryzowanymi córkami i wiadomością, która zwali go z nóg – wypada znakomicie. to zupełnie inna rola niż dotychczas.
spadkobiercy to piękny, spokojny film o dorastaniu do roli ojca, a przede wszystkim o tym, że pewne sprawy w życiu są nieuniknione i trzeba się z nimi pogodzić. nie ma tu mrożących krew w żyłach akcji, ale tematyka filmu jest na tyle emocjonująca, że warto ten film obejrzeć.
ja też! to kolejny (hiszpański) film, który serdecznie polecam. historia chorego na zespół downa 34-letniego daniela, który pomimo niepełnosprawności całkiem dobrze radzi sobie w życiu. skończył studia i pracuje w ośrodku, w którym pomaga osobom z podobnymi problemami.
tam też poznaje laurę, eskcentryczną i rozrywkową kobietę, z którą nawiązuje bliższy kontakt. laura tylko wygląda na beztroską imprezowiczkę. tak naprawdę jest zagubiona i niepewna tego, czego pragnie. to nie jest łatwy film. pełen niesprawiedliwości wobec osób, które są inne, oryginalne, często o bogatej, ale też trudnej osobowości. nie ma tu prostych rozwiązań, ale jest szczerość i chęć zrozumienia drugiego człowieka.

trzeci film to nowość, na którą czekałam odkąd obejrzałam poprzednią część. mroczny rycerz powstaje totalnie mnie zachwycił. christopher nolan przeszedł samego siebie. zarówno jeśli chodzi o efekty specjalne, o rozbudowaną fabułę, jak i dobrze skonstruowane postaci. nawet anne hathaway, co do której miałam wielkie obawy – okazała się prześwietna – mroczna, seksowna, piękna. 
nowy batman jest jak układanka, w której wszystkie klocki pasują do siebie. i ta piekielna wizja, w której lud buntuje się przeciwko władzy i podąża za człowiekiem, który chce zniszczyć ludzkość. skąd my to znamy.

bane, z tą swoją maską na twarzy, jest chyba najbardziej zatrważającą postacią, jeśli chodzi o batmanową serię. od pierwszych minut filmu budził moje przerażenie, a scena porwania samolotu sprawiła, że zaniemówiłam. sama nie wierzę, że to piszę, ale the dark knight rises to hit tych wakacji i niekwestionowany numer jeden jeśli chodzi o filmy akcji. przynajmniej w tej połowie roku. 
kolejna porcja filmów za miesiąc!