Tolala
Macierzyństwo

Czego nauczyło mnie życie z wymagającym dzieckiem?

Znacie określenie High Need Baby? Dotyczy ono wrażliwych dzieci, które by osiągnęły stan zen potrzebują ponadludzkiego zaangażowania rodziców. Często określa się je jako wymagające, nieodkładalne, reagujące (one nie marudzą, one od razu krzyczą) na każdą, nawet najmniejszą zmianę, trudne do uśpienia, jakby odżywiające się energią słoneczną, a jeśli już mowa o jedzeniu, to na piersi wiszące dniami (i nocami), z reguły ze zdrowymi płucami (ileż to razy lekarz stwierdzał ten fakt po kilkuminutowej histerii…). Znacie takie dzieci? Bo ja takie jedno poznałam – jak urodziłam swoje. Cechy, które sprawiają, że nam dorosłym jest przez jakiś czas trudniej z hajnidem powodują, że szukamy głębiej, otwieramy się bardziej i wspieramy mocniej. Te dzieci trafiły do nas nie bez powodu. Niech nie przychodzi Wam do głowy ocena i określenia typu „mały terrorysta” czy „wymuszacz”. To wrażliwe niemowlę, które potrzebuje więcej i wymaga więcej… a za tą skałą trudności kryje się coś dobrego. A więc, wracając do meritum, czego nauczył mnie rok życia z high need baby?

  • DOCENIANIA WSPARCIA NAJBLIŻSZYCH

Czasem mam wrażenie, że mamy nie lubią prosić o pomoc, chcą sobie radzić ze wszystkim same. Bo jeszcze ktoś pomyśli, że sobie nie radzą. I nie mówię tu o wsparciu drugiego rodzica. Nie wyobrażam sobie, by mój mąż mi „pomagał” – on nie pomaga, on aktywnie uczestniczy w opiece nad synem, bo to jego dziecko i tak jak wspólnie dbamy o dom, tak samo wspólnie wychowujemy Gustawa. Mowa o wsparciu rodziny i przyjaciół, w naszym przypadku głównie babci, która swoją osobą – obecnością, ciepłem i otwartą głową sprawia, że możemy na chwilę (czasem są to naprawdę długie chwile) odetchnąć. Być może, gdyby mały Gu nie był tak angażujący, byłoby inaczej. Na straconej pozycji w pomaganiu są osoby, które nie liczą się ze zdaniem rodziców i komentują lub robią po swojemu, więc tych, którzy nie oceniają doceniamy jeszcze bardziej. Ci, którzy przytulą, gdy dzielimy się wątpliwościami, są najmilej widziani. Taki ratunek dla zmęczonego rodzica. A i my kiedyś  się odwdzięczymy.

  • BYCIA TU I TERAZ

Nasz syn od początku wymagał od nas natychmiastowych reakcji. Jak mu coś przeszkadzało, to nie marudził, tylko od razu wskakiwał na wysokie tony. Bardzo mocno chcieliśmy pomóc mu się odnaleźć, by poczuł się dobrze i pewnie na tej planecie. Nie wiedzieliśmy, co robić – tuliliśmy. W takich sytuacjach trudno snuć plany… W kryzysowych momentach powtarzałam sobie, że to jest czas, kiedy to jego potrzeby są najważniejsze i mimo, że jest mi trudno – to jemu jest jeszcze trudniej. To było kluczowa myśl, która pomagała mi zatopić się w teraźniejszości i jednocześnie w niej się odnaleźć. Wiedziałam, że to kiedyś minie (i minęło, uf) i ta myśl też mnie ratowała. Przez długi czas ciągle na coś czekałam: kiedy zacznie się świadomie uśmiechać, kiedy minie czwarty trymestr, kiedy usiądzie, aż nagle przyszedł moment, że nie chciałam, by czas biegł do przodu. Było dobrze tu i teraz. I tak sobie trwamy w tym „teraz”.

  • ODRÓŻNIANIA RZECZY WAŻNYCH I WAŻNIEJSZYCH

Przychodzi taki moment, że przy maluchu przestajemy się przejmować błahostkami – tym, że nie mamy co na siebie włożyć, że nie wiemy, gdzie jechać na wakacje, czy zostać dłużej w pracy. Owszem, pracujemy, ale w taki sposób, by mieć czas dla siebie. Praca nigdy nie była na pierwszym miejscu, co nie oznacza, że w pracy nie dajemy z siebie wszystko (dajemy!). Nasze work-life balance wynikło dość naturalnie. Życie w rytmie slow od dawna było istotne w naszej rodzinie. Z Gustawem stało się jeszcze bardziej slow, bo dbając o potrzeby naszego syna, wybieramy takie rozwiązania, które nie powodują wielkich zachwiań równowagi w jego małym wielkim świecie. Ciągle uczymy się siebie i chociaż pewniej stąpamy po wspólnym gruncie, to wciąż siebie zaskakujemy. A więc co jest dla nas najważniejsze? Nasza rodzina, nasze zdrowie i nasz wewnętrzny spokój.

  • ODKRYWANIA NOWEGO ZNACZENIA SŁOWA LUKSUS

Dla jednych luksusem jest pobyt w pięciogwiazdkowym spa, biżuteria z drogimi kamieniami lub kupno samochodu, który przyspiesza w 5 sekund (to chyba całkiem mało?) do setki. Dla mnie luksus to spokojne wyjście z synem na spacer w piękny słoneczny dzień, zjedzenie ciepłego posiłku w samotności lub przespanie minimum 6 godzin ciągiem. Tak bardzo zmienia się perspektywa, gdy przez kilka dobrych miesięcy każde włożenie dziecka do wózka kończy się płaczem, a słowa „przyjadę do Ciebie, to może pójdziemy na spacer” sprawiają fizyczny ból, bo wiesz, że ze spaceru w wózku nici, chyba że na rękach, bo ani chusta ani nosidło też nie są akceptowalne. Jak dobrze, że to wszystko mija…

  • ODPUSZCZANIA

Bez tego ani rusz. Odpuszczanie przynosi ulgę i wewnętrzny spokój, a myśl  „ja nic nie muszę” sprawia, że zaczyna się chcieć robić rzeczy, na które ma się ochotę, a nie z powinności. Przyznam Wam się, że od roku ugotowałam dla siebie (będąc sama z dzieckiem) być może z 5 obiadów. Na pewno nie więcej. Ze sprzątaniem też nie jest najlepiej, ale mam w sobie wewnętrzną zgodę, by nie zajmować się rzeczami, które po pierwsze – mnie frustrują (nienawidzę prasować i tego nie robię), po drugie: zabierają czas, którego nie mam (przy aktywnym i bliskościowym dziecku wyjście do łazienki to jest wyczyn), a po trzecie: nijak nie sprawiają mi radości. Najtrudniej odpuścić jest perfekcjonistom, jednak gdy chociaż przez chwilę pozwolimy sobie na wybranie opcji bycia wystarczająco dobrą (zamiast idealną), to w głowie zapala się zielone światło, a powodów do niepokoju dużo mniej.

  • UWAŻNOŚCI

Gdy codziennie wykonujesz te same czynności, wpadasz w schemat i zaczynasz kręcić się jak w kołowrotku, z którego trudno znaleźć wyjście. Mamy znają system, w którym rządzi: pielucha, karmienie, spanie, zabawa. Dzieci lubią rutynę, ale by nie dać się zwariować codziennym zadaniom, warto spojrzeć na codzienność z pewną dozą uważności. Aktualnie sporo mówi się o mindfulness i myślę, że jest to fajna droga do nawiązania głębszego kontaktu ze sobą. Czasem, gdy bawię się z Gustawem, staram się odsunąć wszelkie myśli, odłożyć telefon, którym najczęściej robię synowi zdjęcia (i wrzucam na Instagram) i po prostu pobyć z nim w danej chwili. Tak samo jest ze spacerami. Każda mama ma swoje  trasy spacerowe. Czasem wystarczy zmienić drogę, by odkryć coś nowego. Ja np. dziś trafiłam do pięknego parku, ukrytego między blokami i zachwycałam się zielonymi alejkami.

  • NIEZAWRACANIA SOBIE GŁOWY OPINIAMI INNYCH

To jest najtrudniejszy punkt, bo powodów do oceny przy bardziej wymagającym dziecku jest więcej, ale warto się zatrzymać i zastanowić, co jest dla nas ważne i czy opinia kogoś, kto najczęściej nas nie zna lub widzi tylko ułamek naszej rzeczywistości ma dla nas znaczenie. Najczęściej nie ma, ale mimo wszystko pozostaje zadra w sercu i pojawia się wątpliwość, czy ja na pewno dobrze robię. Pamiętam, jak po urodzeniu Gustawa nie mogłam znaleźć w sobie za grosz matczynej intuicji. Działałam na oślep, bałam się, że zrobię coś nie tak, ale mimo wszystko byłam blisko. Czułam, że to jest najważniejsze – i dla mnie, i dla synka. Od początku wiedziałam, że chcę być bliskościową mamą, podążającą za dzieckiem i reagującą na jego potrzeby. Z czasem nauczyłam się odczytywać sygnały, które do mnie wysyłał i z każdym dniem czuję się coraz pewniej. Także i Ty, droga mamo, zaufaj swojemu dziecku i sobie, a opinie i nieproszone rady puszczaj mimo uszu. Ty wiesz najlepiej.

  • AKCEPTACJI DANEJ SYTUACJI

Szczerze mówiąc, zapomniałam o tym punkcie, a chodził mi po głowie. Może dlatego, że wciąż się tego uczę. Codziennie spotykam inne mamy, inne dzieci. Czasem próbujemy zsynchronizować nasze maluchy, by razem wyjść z domu, by wypić wspólnie kawę i czasem się udaje, a czasem rezygnujemy ze spotkania. Czuję, że tych mam mam wokół siebie wiele, co też pomaga mi przetrwać trudniejszy czas. Nie raz, gdy wkładam swojego syna do wózka – jest krzyk. Gdy zatrzymam się na spacerze, by wejść po ulubione lody – jest pobudka. Moje koleżanki to wiedzą i akceptują to, że w danym momencie nie mogę zrobić pewnej rzeczy. Nikt się temu nie dziwi. Ba, nawet ja się temu nie dziwię, tylko po prostu nie robię tego, co może spowodować pobudkę czy płacz. Być może z innymi dziećmi można by zrobić więcej, ale nie mi to oceniać. Od czasu do czasu sprawdzam, jak mój syn znosi nowe sytuacje, ale staram się nie przerzucać na niego swoich obaw i nie złościć, gdy zachowuje się inaczej niż inni.

  • ŁAGODNOŚCI WOBEC SIEBIE

Cieszę się, że nie muszę nikomu niczego udowadniać. Jest mi dobrze ze sobą, ze swoimi działaniami i tym, co jest dla mnie najważniejsze. Wybaczam sobie potknięcia i wierzę w swoje wewnętrzne dobro, nawet gdy pojawia się zmęczenie, niewyspanie i chęć schowania się do środka. Introwertycy tak czasem mają. Czuję, że mocno stoję na ziemi, a jednocześnie mam wielką potrzebę realizowania siebie w chmurach. Macierzyństwo sprawia, że wciąż otwieram się na syna, a co za tym idzie – także siebie, porządkuję to, co nieuporządkowane i daję sobie czas na rozwój sytuacji. Nie muszę wszystkiego robić od razu, a zdobywanie gór zaczynam od maleńkich szczytów.

  • DBANIA O WŁASNE ZASOBY

Od początku mojego macierzyństwa wiedziałam, że muszę mieć swoją odskocznię, swój azyl. Pewnie się domyślacie, co nim jest. Gdy wyciągam aparat, zapominam o troskach. Gdy są emocje, są też zdjęcia. Doceniam ten czas jeszcze bardziej. Tak samo jak wieczorne wyjścia, chwile oddechu, które sprawiają, że wracam uśmiechnięta. Całuję syna na dobranoc i wiem, że mogę zasnąć spokojnie, bo żadna nocna pobudka nie sprawi, że będę chcieć uciec. Mam przestrzeń na to, co może (ale nie musi) się zadziać. Jest naprawdę dobrze.

Wiecie co jest najlepsze  w życiu z hajnidem? To, że nasz syn wyrasta na zarażającego śmiechem, bacznie obserwującego wszystko i wszystkich, ciekawego świata chłopca, a miłość do niego rośnie z każdym dniem. Nie mieści mi się w głowie, jak to jest w ogóle możliwe?

 

You Might Also Like...

4 komentarze

  • Reply
    Magda
    25 maja 2018 at 08:39

    Bardzo dziekuje Ci za ten tekst. Moja Jagoda moze nie jest aż tak wymagającym dzieckiem, ale wiele rzeczy o ktorych piszesz zdarzyły sie i nam…pamietam, jak nie moglam poradzic sobie z tym,ze nie chce siedziec w wózku (nosidlo i chusta tez odpadaly) czulam sie jak w klatce bo wyjscie na spacer wiazalo sie z tym,ze w promilu 5 km wszyscy beda wiedziec,ze tu jestesmy a mala ciagle plakala…to minelo…jest lepiej i Jagoda potrafi juz wysiedziec nawet 40 minut w wozku ( uwierz mi,ze to bardzo dlugo) Ciesze sie,ze napisalas o tym wszystkim i ze moglam przejrzec sie w Twojej opowiesci jak w lustrze ;) Sciskam Was mocno! Jestes bardzo madra i dzielna!

    • Reply
      tola
      1 czerwca 2018 at 18:49

      dziękuję bardzo za to, co piszesz. wiem, że 40 minut w wózku to może być długo, też przez to przechodziliśmy :))

  • Reply
    IZ
    25 maja 2018 at 16:25

    Ten chłopak mając tak uważnych, mądrych i czułych rodziców będzie szczęśliwym człowiekiem… Niejeden dorosły może mu pozazdrościć pełnego miłości dzieciństwa. Ja zazdroszczę. Także Tobie – tej wewnętrznej siły i świadomości siebie, chociaż wiadomo, że życie to nie tylko róż i cukier. Jestem trochę starsza, ale ani takiej madrości ani spokoju nie umiem odnaleźć.

    • Reply
      tola
      1 czerwca 2018 at 18:48

      bardzo Ci dziękuję za te słowa <3

Leave a Reply