Macierzyństwo bez lukru

Nie jestem mamą idealną i nigdy nie miałam aspiracji, by taką być. Chciałam za to przyjąć macierzyństwo całą sobą. Z całym ekwipunkiem tego, co trudne, męczące, ale dające jednocześnie mnóstwo powodów do radości. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, a cukierkowy obraz to tylko przykrywka dla wielu poświęceń, ale wydawało mi się, że to się szybko zrównoważy, a z czasem szala będzie przechylać się na tę dobrą stronę. Póki co, mam wrażenie, że więcej jest trudu i niewiadomych, i zastanawiania się, czy tak już będzie zawsze. Trzy miesiące bycia mamą, a ogrom emocji jakby minęło co najmniej kilka lat. Czuję się jak na karuzeli. Trzymam się mocno, ale obawa o upadek wciąż żywa, i to nie tylko o siebie, ale o tę istotę, która leży obok. Są takie myśli matki, o których trudno mówić w obawie o ocenę, ale co zrobić, gdy one wracają i nie dają spokoju, i ja właśnie chciałam o tym napisać ten post.

W chwili, gdy pierwsze (czy kolejne? nie wiem!) dziecko pojawia się na świecie, nagle przygniata Cię ogrom odpowiedzialności, a co za tym idzie  – obaw – jak nie skrzywdzić tej kruszyny. Jak ją nosić, jak przebierać, jak dotykać – by nie urazić, nie popsuć, nie zezłościć. Bo nic to miłego, gdy chcesz uspokoić swoje dziecko, a ono płacze jeszcze bardziej. Od razu w głowie zapala się lampka, co ja takiego zrobiłam, tak jakby tu o mnie chodziło, a przecież nie chodzi. Z reguły nie ma to nic wspólnego z nami, ale jeśli my nic nie zaradzimy, to kto? Jakie z nas matki, które nie potrafią uspokoić swojego dziecka. To jedna z tych myśli, które wracają. Bo wydawać by się mogło, że wystarczy bliskość rodzica i dziecko się uspokaja. Nie, nie uspokaja się, albo nie zawsze, ale nikt nie mówi o tym, że nie umie wyciszyć swojego dziecka.

Nikt też nie mówi, że ten lęk, który jest w środku człowieka, karmi się macierzyństwem. Bo nagle osób do martwienia jest więcej, a dla kogo jak kogo, ale dla dziecka chcemy jak najlepiej. Pragnienie dla niego dobra jest bezwarunkowe, tak jak miłość do niego, ale mam wrażenie, że ten strach jest przed nią. Kochasz, ale najpierw martwisz się… czy się najada? Czy jak płacze, to bardzo cierpi? Czy go brzuszek nie boli? A jak boli, to co można zrobić, by nie bolał? Bo coś trzeba robić. Ciągle, nieustannie. Być, przytulać, nawet gdy w płaczu kopie Cię w żebra i czołem uderza w Twoją szczękę.

Nikt nie mówi, że macierzyństwo rozwija się metodą prób i błędów. Bo nigdy nie wiesz, co tym razem zadziała. Albo nawet jak działa dziś, to jutro już nie będzie. I musisz znów próbować. I nie zniechęcać się błędami, bo nie da się ich uniknąć, a dziecko to nie robot, który da się zaprogramować. Ono też ma prawo mieć gorszy dzień i zezłościć się bez powodu, a rodzicom pozwolić pogodzić się z tym, że nie wiedzą, o co tym razem chodzi. Bo mam wrażenie, że jak dziecko płacze, to trzeba szybko odkryć problem płaczu, bo jak samemu się go nie odkryje, to inni życzliwi podpowiedzą. A może mu za ciepło? A może mu niewygodnie? A może nie dojada? To ostatnie zdanie jest moim ulubionym. NOT.

Nikt nie mówi, że wyjście na zewnątrz wiąże się z wystawieniem się na osąd innych. Bo dziecko to przecież dobro publiczne, i jak komuś się coś nie podoba w zachowaniu matki, to ma prawo o tym powiedzieć, mimo że widzi ją po raz pierwszy (i pewnie ostatni). A więc… nie, nie ma takiego prawa, ale ludziom się wydaje, że jak powiedzą swoje zdanie (patrz: skrytykują lub ocenią negatywnie), to ja jako rodzic będę bić się w pierś i zmienię swoje zachowanie.

Nikt nie mówi, że gdy tylko zamkną się drzwi i zostaje się w domu sam na sam z bobasem, to odlicza się godziny do powrotu taty albo przyjścia babci. A im dłużej śpimy rano, tym lepiej, bo tych godzin do powrotu jest mniej, mimo że czasem dni są zupełnie przyjemne, ale czasem nie są i w obawie przed tymi gorszymi tracimy grunt pod nogami. I tak jak w szkole patrzyło się na zegarek i odliczało, ile zostało do końca lekcji, tak teraz lekcje są milion razy trudniejsze, a czas płynie tak samo wolno. Chyba że dziecko je, bawi się, a potem zasypia na trzygodzinną drzemkę i tak do końca dnia. Znalezienie takiego malucha to jak zobaczenie jednorożca. Podobno jedno i drugie istnieje.

Nikt nie mówi, że od narodzin do… nie wiem kiedy – masz tylko kilka minut dziennie tylko dla siebie. Czasem trzeba ten czas sobie wyszarpać. Czasem wystarczy, by umyć zęby lub zjeść zimny obiad (bo podgrzać nie ma kiedy), a czasem musisz czekać na powrót drugiego rodzica. Ja już wiem, że jedno przewinięcie syna przez tatę wystarczy, bym wzięła szybki prysznic czy zjadła w biegu kanapkę. Wypicie zimnej kawy nagle stało się realne. I ta kawa nawet smakuje jak nigdy dotąd! Nie ma czasu na delektowanie się, to jest walka o przetrwanie. O tę jedną krótką chwilę dla siebie.

Nikt nie mówi, że po pojawieniu się dziecka ciągle walczysz z wyrzutami sumienia. Że jak wyjdziesz ‚na chwilę’ z domu (nieważne, czy do pracy czy dla przyjemności, z tym drugim jest chyba jeszcze większy kłopot), to okupione jest to myślą, że może za długo mnie nie ma, że może za wcześnie zostawiłam je z kimś innym, że może dziecko mnie w tym czasie bardzo potrzebuje. Ciągle patrzysz na telefon i martwisz się ciszą, a gdy dzwoni babcia – w myślach masz już całą rozmowę, która kończy się szybkim powrotem do domu. Oczywiście tak się nie dzieje, ale szybsze bicie serca na dźwięk dzwonka gwarantowane. I co pół godziny pytasz: ‚jak tam?’ – aż do rozładowania baterii, która o dziwo pędzi w stronę zera jeszcze szybciej. A każdy płacz, który usłyszysz poza domem przypomina o dziecku, które zostało w domu. Więc jak tylko wchodzisz do klatki, biegiem pokonujesz schody i na korytarzu nasłuchujesz płaczu. Jak go nie ma, wyrzuty sumienia z wyjścia jakby mniejsze.

Nikt nie mówi, że z miłości do dziecka jesteś w stanie zrobić dla niego wszystko, ale jednocześnie nie możesz przeżyć życia za niego. Trzeba pogodzić się, że jest oddzielną jednostką, którą trzeba wspierać, ale nie zagarnąć dla siebie. Dziecko nie jest po to, by uszczęśliwiać rodziców. Ich szczęście jest wypadkową wychowania. To niekończąca się droga dawania przestrzeni, trzymania za rękę, wtedy kiedy potrzeba i odpuszczania, kiedy nie warto trzymać się reguł. Bo konsekwencja jest przereklamowana, o wiele bardziej istotna jest autentyczność i budowanie relacji pełnej zrozumienia i bezwarunkowej akceptacji.

Po tych blisko trzech miesiącach jestem pełna podziwu dla każdej mamy, dla każdego rodzica i ich supermocy, które są nie do podważenia. Posiadanie dzieci to nie jest droga na skróty, to świadoma praca nad sobą i swoimi słabościami, a z każdym dniem jest ciut łatwiej. Nawet, gdy robimy krok do tyłu, to tylko po to, by za chwilę ruszyć do przodu. To, co moim zdaniem jest istotne to wewnętrzna zgoda na to, co się ma wydarzyć po urodzeniu, na tę nieprzewidywalność i nieustanne bycie obok, i niezastanawianie się, kiedy moje dziecko prześpi noc i czy to normalne, że ciągle chce być na rękach, a odkładane płacze jak oszalałe. Bo to wszystko jest jak najbardziej normalne i nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej. Każdy dojrzeje do samodzielności w swoim czasie, a te małe łapki, które teraz nas podszczypują nieświadomie, dają jednocześnie tyle radości (zwłaszcza, gdy śpią), że nie żałuje się ani jednej chwili, a czas sprzed narodzin przestaje istnieć.

Ten wpis nie powstał po to, by kogokolwiek przestraszyć czy zniechęcić do macierzyństwa. Tak naprawdę kieruję go do młodych mam, które często w pierwszych miesiącach z pierwszym dzieckiem zastanawiają się, czy mają prawo czuć to, co czują. I chciałabym, by po przeczytaniu tego tekstu pomyślały, że to wszystko jest NORMALNE i że mają prawo do przeróżnych emocji. A co najważniejsze – że to, co jest teraz najtrudniejsze – w końcu kiedyś minie. Oraz  że są mamy, które potrafią dodać otuchy albo pomilczeć razem. Nie krytykują i nie straszą ani nie oceniają. Chętnie z Wami pomilczę. Lub porozmawiam. Aby często w tej samotności z dzieckiem zrobiło się trochę raźniej.

 

28 przemyśleń nt. „Macierzyństwo bez lukru

    1. Moje córki kończą niedługo 24 i 19 lat. Miałam dokładnie takie same odczucia gdy były całkiem bezbronne. Teraz są wspaniałymi kobietami mające swój świat, którego też jestem częścią. Lęk o córki pozostał. Kochamy swoje dzieci i dlatego tak bardzo boimy się o nie to naturalne ale dzięki temu wiemy że to robimy dla swoich dzieci jest słuszne. pozdrawiam autorkę bloga i trzymam kciuki. jesteś wspaniałą mamą, tylko w to uwierz.

  1. Tak jakbym widziała siebie, tylko ze może razy dwa, bo ja mam dwie dziewczynki od razu, ta sama data narodzin, dwa małe światy, spełnienie wszystkich moich marzeń i teraz marzenie kilku godzin snu bez płaczu i dnia kiedy przyjdzie babcia i zabierze je na spacer abym mogła posprzątać kuchnie (co?? Jakie sprzątać a kto za Ciebie wyciągnie nogi do góry i da chwile wytchnienia dla kręgosłupa?). Dobrze ze tata pracuje z domy, bo bez niego nie dalybysmy rady. Czasen mysle, ze on jest lepsza mama ode mnie.. Czasem to jak w psychiatryku a czasem jak na białej chmurce wysoko nad wszystkimi. Tylko nadzieja na to ze szybko urosną i zacznę się wysypiać. A potem żeby jak najdłużej zostały takie małe, niewinne i słodkie, moje. Tylko moje…

  2. Mimo, że od narodzin mojej córki minęło juz prawie 10 lat, to pamiętam te kilka pierwszych miesięcy… Potem jest trochę łatwiej lub trudności są trochę inne. Ale mimo wszystko – warto. Mimo wszystkich przelanych łez, poczucia bezsilności i zmęczenia, nie chciałabym zeby Jej nie było. Choć też mając świadomość tego jak ciezko było mi na początku, jak trudno było az do momentu pójścia córki do przedszkola i ze nadal w zasadzie nie mam dla siebie czasu, to wiem, że moja córka rodzeństwa mieć nie będzie.

    1. ten wpis w ogóle nie dotyczy Gustawa, on dotyczy macierzyństwa, a że syn się pojawił, to największy cud na świecie i cieszę się, że ON JEST :)

  3. Jakbym czytała swoje myśli sprzed dwóch miesięcy (trraz jest już trochę łatwiej). Czyli to nie tylko ja. Dziękuję za ten post!

  4. Ja też miałam inne wyobrazenia o macierzyństwie. Muszę przyznać, że było ono dla mnie wielkim szokiem. Niestety nie miałam nikogo do pomocy oprócz męża ale udało się i synek ma już prawie dwa latka. Te pierwsze miesiące są bardzo trudne ale będzie lepiej. Zobaczysz. :) Może nie łatwiej ale inaczej. Gdy synek zacznie chodzić mówić. To super okres. :) Dla mnie właśnie tę pierwsze miesiące były straszne. Spacery i płacz dziecka i te wspaniałe życzliwe rady. :(

    Z czasem się uspokoilam. I zauważyłam, że im ja jestem spokojniejsza tym spokojniejsze jest dziecko. (choć przyznam, że ciężko o ten wewnętrzny spokój)

    Nawet gdy synek jeszcze nie mówił, tłumaczyłam mu moje zachowanie. Np. Gdy płakałam z bezradności, mówiłam mu, że to nie jego wina, że mausia jest smutna lub zmęczona. … Serdecznie pozdrawiam i życzę dużo spokoju, radosci i pomocnych rąk. :)

    1. też staram się szukać w sobie tego spokoju, którego wbrew pozorom jest dużo, tylko czasem przykryty… :) póki co, nie umiem sobie wyobrazić, że to dziecko zacznie mówić, ale czekam na ten moment, bo wiem, że to będą na pewno wartościowe rozmowy o życiu :D

  5. Jakie to prawdziwe. Moja Córcia za tydzień skończy 10 miesięcy. Już nam jest łatwiej, znamy się trochę lepiej, komunikujemy, mamy wypracowane zabawy i całodzienną rutynę, ale emocje wciąż mnie przygniatają. Od przepełniającej i przeogromnej radości, po przerażenie, że coś może się jej stać, lęk o to, żeby niczego nie przeoczyć, czy zaniedbać. To przytłacza przeogromnie, ale nie zmienia faktu, że już myślę o drugim dziecku. Przecież to najsłodsza przygoda jaka mi się przytrafiła. A i myśl o tym jak moja obecnie Jedynaczka będzie miała siostrę lub brata do kochania się i nienawidzenia jest bardzo pocieszająca, bo przecież nie chcę, żeby kiedyś była sama.
    Tylko, żeby można było się choć trochę bardziej wyspać, odpocząć, zrelaksować.

  6. Tak jest, jest dokładnie tak, jak to opisałaś! Jedyne, co mogę napisać, to że będzie coraz lepiej! Przy pierwszym dziecku strasznie wszystko przeżywałam i chyba z pół roku minęło aż wróciłam do psychicznej równowagi (jako tako ; ). Obecnie zmierzam się z byciem początkującą mamą dwójki i patrząc wstecz, dziwię się, że tak bardzo się zamartwiałam wtedy. Teraz muszę ogarnąć dwójkę i na samą myśl, że mąż zaraz wróci do pracy, a ja zostanę z dwójką maluchów robi mi się słabo ;) Ale wiem, że to minie, a dobre chwile wynagradzają wszystkie złe z nawiązką :) Pozdrawiam ciepło!

    1. pewnie przy drugim dziecku tez bym się dziwiła, ale jednak nie da się wiedzieć tego na zapas :D taką mamę wybrał sobie Gustaw! ;)
      powodzenia z dwójką! <3

  7. Pociesze Cie, ze przychodzi moment, w ktorym odliczasz godziny, minuty by odebrac dziecko z przedszkola i isc sie razem bawic. Ze gdy jedzie na weekend do dziadkow to czujesz jakby czegos brakowalo, mimo, ze masz swoje wymarzone wiecej niz kilka minut na relaks. Metoda prob i bledow dzialasz tylko na poczatku – potem juz wszystko wiesz, potem dziecko samo zaczyna Ci mowic o co mu chodzi. Pierwszy rok to rollercoaster – to fakt – dzieje sie duzo, jest duzo emocji, mnostwo zmian. Ale przychodzi moment, gdy jazda jest lagodniejsza i zaczynasz sie tym cieszyc, jakbys robila to cale zycie :)

  8. Bardzo fajny artykuł! :) Cała prawda! I właśnie ciekawe jest to, że nikt o tym wcześniej nie mówi… U nas najgorsze były pierwsze 2 tygodnie, ale np. dla mnie całe 6 tyg połogu było b.ciężkie emocjonalnie – PMS tylko do milionowej potęgi;) Ale miłość do tego małego szkraba jest nie do opisania… I już nie wyobrażasz sobie życia bez niego<3

  9. Czuję jakbyś moje myśli i może doświadczenie przelała na swoim blogu. Moja córa była dzieckiem kolkowym więc te pierwsze trzy miesiące to jakiś hardkor pamiętam tyle że w pewnym momencie płakałam razem z nia i to odliczanie czasu do powrotu męża lub kogoś kto przyjdzie z odsieczą… Moje dziecko ma już niewiele ponad rok ja w pracy z tel. w ręku i myślą „a może…” po czym bije się w pierś mówiąc „ma dobra opiekę jest z babcia mnie przeginaj!” ale myśli cały czas gdzieś tam krążą. Mam ochotę rozpisać się jaka to moja córka wspaniała i ile to nie potrafi ;) ale zakończę tym, że im jest starsza tym wspanialsza a ja z każdym dniem kocham ja coraz mocniej.

  10. Sama nie mam dzieci i póki co nie chcę mieć – i szczerze mówiąc Twój post tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Jestem osobą, która przez większość życia żyła dla innych (ponadprzeciętna empatia, mać), a teraz jestem na etapie „pora zacząć żyć dla siebie”. Zajęło mi to 29 lat, więc niezły kawałek czasu – i na takim etapie raczej nie powinno się decydować na dzieci. Ale nie o tym chciałam – ja o tym wtrącaniu się. Mam wrażenie, że u nas w kraju w ogóle panuje tendencja do niezdrowego zabierania innym przestrzeni – w niewłaściwych sytuacjach. Ja staram się „wtrącać” tylko wtedy, gdy widzę, że dziecku ewidentnie dzieje się krzywda – obok przemocy fizycznej i emocjonalnej nie można przechodzić obojętnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *