Hurry up

Postanowione, dwa dni zupełnie dla siebie. Bez zbędnej paniki, bez poczucia, że marnuję czas, bez tak zwanej spiny i bez narzucania sobie obowiązków. Jest we mnie człowiek, któremu ciągle wydaje się, że jest w niedoczasie. Jest we mnie taka mała Susan Sontag, która ciągle powtarza: jest tyle rzeczy do zrobienia, przeczytania, obejrzenia, a jej listy z tytułami książek i filmów śnią mi się po nocach.

Tymczasem, jak nauczyć się efektywnie odpoczywać, gdy ciągle w głowie zapala się lampka i bujają się myśli typu: nie siedź w domu, wyjdź z łóżka, nie marnuj czasu, który ci pozostał. Tak jest z kulturą, ale też ze zwykłym życiem, pracą i nauką. Nie pamiętam, kiedy w weekend po przebudzeniu postanowiłam jeszcze poleżeć i nigdzie się nie spieszyć. Trochę creepy, trochę smutne. Tak, jakby coś mi uciekało. A przecież mam do przeżycia jeszcze co najmniej pół wieku (powiedzmy!) i na każdym etapie mojego życia chcę się rozwijać i uczyć. Jak to zrobić, by jednocześnie mieć poczucie spełnienia, a z drugiej nie zwariować z nadmiaru zadań? Na każdym kroku widzę czające się zapętlenie, z którego trudno wyjść bez szwanku, bo z każdej strony następuje atak multitaskowości i parcie na sukces. Jakikolwiek, by nie zostawać w tyle. (Za kim?) Byleby mieć się czym pochwalić. (Tylko komu i po co?)

Ciągle wracam do tego obrazka: it’s okay to be happy with a calm life i próbuję sobie ułożyć moje calm life, by poczuć, że ta jakość, która jest we mnie i wokół mnie jest idealnie wystarczająca do szczęścia. Jest good enough. Wczoraj utknęłam w niszowej perfumerii, topiąc się w zapachach zielonej łodygi, jałowca czy stuprocentowej czerwonej róży. Napiłam się dobrej kawy i zjadłam pysznego buraczanego wegeburgera. Zupełnie bez wyrzutów sumienia. Ten czas, który poświęciłam na swoją przyjemność mogłabym kiedyś uznać za stracony. Tyle rzeczy jest do zrobienia. Ale nie dziś. Nie teraz. Druga połowa trzeciej dekady to idealny czas, by wreszcie nauczyć się odpoczywać.

_MG_2589_MG_2531

13 przemyśleń nt. „Hurry up

  1. znam ten napis z calm life i ja go interpretuję w ten sposób, że całkiem fajnie jest popaść w spokojny monotonny żywot. niektórzy nie mogą usiedzieć w miejscu, rzucają wszystko i jadą na drugi koniec świata w podróż i przygodę życia. niektórzy bywają na salonach odstrzeleni za równowartość mojej np. półrocznej pensji, piją kolorowe drinki, wciągają białe kreski etc. jeszcze inni dostarczają sobie adrenaliny i emocji na sto innych sposobów. pracują, jak to się ładnie mówi, kreatywnie. a ja codziennie wracam tą samą trasą z roboty, w której robię każdego dnia praktycznie to samo, parzę kisiel z biedry i czytam o trupach albo oglądam blożki. i nie mam z tego żadnych (!) wyrzutów sumienia, bo to po prostu 100% ja. nie muszę być na bieżąco z nowinkami ze wszystkich dziedzin, nie muszę wcinać wegeburgerów (;)) zwykła kanapka też da radę), nie muszę przeszukiwać końców internetów w celu odszukania najhipsterskiej muzyki, czytane przeze mnie książki nie muszą poruszać ważkich problemów egzystencjalnych etc etc. pewnie niektórzy uznaliby to za zwykłą przeciętność albo brak ambicji. wobec czego najwyraźniej taka jestem i chuj, muszę z tym jakoś żyć ;)
    /oboże, jaki esej/
    pozdrowienia!

    1. folje, kocham Twój komentarz! To jest właśnie to, o czym piszę. I dobrze, że nie masz wyrzutów sumienia, całe szczęście! Nie chodzi o to, by szukać sobie wrażeń i ciągle udowadniać wszystkim, na co cię stać, a mam wrażenie, że dużo osób kroczy taką drogą. Zajeżdżają się, żeby coś udowodnić. A ja tak nie chcę i nawet nie umiem. I tu nawet nie chodzi o ambicję (bo moim zdaniem to co innego), tylko poczucie, że wiem, gdzie jest dla mnie szczęście. Czy to w nudnych dla innych serialach, które oglądam na sen czy sam fakt, że ktoś na mnie czeka w domu i każdego dnia we mnie wierzy. Czuję, że mój „sukces” jest gdzieś indziej, właśnie w tym calm life, które sobie gdzieś z boku prowadzę.

      Kanapki zawsze spoko, ale spróbuj sobie zrobić wegeburgery z przepisu jadłonomii, są pycha ;)

      1. Taka wiedza to szczęście samo w sobie! Ale niestety w wielkich miastach coraz trudniej podążać swoimi własnymi ścieżkami – przynajmniej ja mam takie wrażenie. Tysiące oczekiwań z każdej strony, a jak się wyłamiesz to jesteś inny. Dla mnie „inny” zawsze będzie oznaczało równie ciekawy i interesujący i tego się trzymam! W końcu życie jest jedno i najlepsze co można dla siebie zrobić, to żyć właśnie po swojemu. :)

    2. esej mnie rozbawił (kisiel z biedry!) i rozczulił, a siedzący obok mąż usłuszawszy skomentował: „jednak są jeszcze normalni ludzie” … tyle i aż tyle – wielkie pozdro! ;-)

  2. nareszcie :) ja jestem jak najbardziej za odpoczywaniem, chociaż… wydaje mi się, że moje odpoczywanie ma w sobie dużo autodestrukcyjnego marazmu. ale Ty zawsze good enough! (na marginesie: zaczyna też mi przeszkadzać postawa: walcz! tych wszystkich wellness/fitness warriors, co chyba rozleniwia mnie jeszcze bardziej)
    buzi

  3. otóż to! czas dla siebie, odpoczynek, bycie tu i teraz. co ciekawe, mimo że niby pędzisz, gonisz (jak my wszyscy), to właśnie Ty kojarzysz mi się ze spokojem. z ciszą. z odpoczynkiem. z pięknymi miejscami. z wartymi zapamiętania obrazami. z melancholijną muzyką. sama myśl o Tobie mnie wycisza i uspokaja. (:

  4. W „Masz wiadomość” Kathleen pisze kiedyś maila do NY 157 o tym, że wiedzie skromne, ale wartościowe życie. Bardzo utkwił mi ten fragment w pamięci, bo to jest także mój cel, który udało mi się osiągnąć (jest to niestety stan permanentnego osiągania, bo łatwo wpaść w pułapkę zapętlania znów). Pierwszy raz udało mi się zwolnić ponad 1,5 roku temu, gdy wyczyściłam swój „wolny” (czyli pozapracowy) czas i zaczęłam go komponować na nowo. Teraz po prostu mogę powiedzieć, że mam czas i poczucie spełnienia, bo w domu wszystko jest zrobione i nie mam poczucia winy, że spaniel całymi dniami siedzi w domu. Weekendy to czas odpoczynku, a nie jeszcze większej bieganiny niż w tygodniu. Pogodziłam się z tym, że więcej książek nie przeczytam niż przeczytam, w wielu miejscach nie będę i wielu rzeczy nie zobaczę, ale moje życie tylko na tym zyskało, zamiast pozornie stracić.

  5. nie ma nic złego w tym, żeby od czasu do czasu spędzić chwile sama ze sobą. czasem potrzebny jest cały dzień, a czasem 15 minut. i ważne jest to, aby w tym czasie postępować zgodnie ze swoim „widzimisię”. bo jeśli to sprawi, że jesteś szczęśliwa, to masz szansę tę resztę czasu wykorzystać w 100%. (:

  6. Czasem trzeba się zatrzymać.
    Ja też nie często mówię Stop! Zwłaszcza, że na blogach rozwojowych czytam wciąż o nowych książkach, pomysłach na rozwój osobisty. Na innych blogach o tym, że trzeba czytać, że oglądać filmy najnowsze, a i zadbać o skórę czy włosy. A mnie się czasem nie chce. Czasem dziecko sprawia, że nie mam siły na maseczke do twarzy ani na koncentrację nad książką. Włączam wieczorem serial, sięgam po lampkę wina i usiłuję nie myśleć. Ale często zapala się lapka- prasowanie, książka, kolacja zdrowa, spacer, łazienkę posprzątać… Zawsze coś będzie mi mówić- do roboty kochana. Chyba tak jesteśmy skonstruowane. Ale mnie nie żal nic nie robić. Czasem trzeba.

    Ja z cytatów polecam ten. Trafny http://www.pinterest.com/pin/68539225550348963/

    1. Tęsknię do takiego stanu. Z racji tego, że jestem (przejściowo, mam nadzieję) bezrobotna moje poranki są leniwe, a dni długie i spokojne (o ile nie szykuję się na rozmowę kwalifikacyjną). Za spokojnie. Ja tęsknię za dynamiką bycia zapracowaną! I za tym, by umieć na powrót doceniać te spokojne chwile w życiu.

      Trzymajcie kciuki :)

  7. W jaki sposób obrobiłaś te zdjęcia? Są piękne, a to „zamglenie” (nigdy nie wiem jak nazwać ten efekt) tylko to wzmacnia <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *