One of those winter days

Ubrana w bluzę z misiem i z kubkiem gorącej herbaty w ręku patrzę na ten śnieg za oknem i nie chce mi się wierzyć, że jeszcze trzy tygodnie temu moczyłam nogi w oceanie i chowałam oczy przed słońcem. Tydzień i święta minęły bardzo szybko. Co prawda, zamiast barszczu z uszkami jadłam warzywny tajine, a świąteczne leżakowanie zamieniłam na spacery wzdłuż plaży, ale to nie zmienia faktu, że świąteczna atmosfera udzieliła się nam wszystkim. Tylko trochę w innym stylu. Girlandy na palmach też były piękne!

maroko17_MG_1150_MG_1203-2_MG_1250

Każde popołudnie wiązało się z wyjściem na plażę. I jedzeniem na mieście! Bałam się o swoje wegetariańskie potrzeby, jednak Marokańczycy jedzą dużo warzyw, więc nie było z tym żadnego problemu. Poniżej wegetariański tajine. Oliwki, które podawano w każdej knajpie jako przystawkę oraz grillowane warzywa. Mój standardowy, praktycznie codzienny posiłek.

maroko6_MG_1493

Najlepsze dania, jakie zjedliśmy były w hiszpańskiej restauracji El toro. Poszliśmy tym na kolację wigilijną. Miałam wielką ochotę na wegetariańska paellę i już wcześniej zauważyłam, że tam taką podają. Choinka w wejściu i od razu zrobiło się świątecznie. Usiedliśmy na zewnątrz, by popatrzeć na zachodzące słońce.

_MG_1388 _MG_1381

Przystawka, czyli oliwki, świeży chleb i śmietana. A do tego świeży sok z pomidorów, serwowany jako shot. Bardzo dobry i orzeźwiający.

_MG_1383 _MG_1396 _MG_1399_MG_1405

P. zamówił sałatkę z łososiem, a ja to, co planowałam. Wszystko było pyszne, dobrze doprawione i lekkie. Znalazłam miejsce na deser – sorbet cytrynowy, który przypominał konsystencją śnieg (nawiązanie do dzisiejszej pogody). Zjadłam szybciej niż pomyślałam o zdjęciu. Po kolacji wróciliśmy do hotelu. Wieczorami wiatr był bardziej odczuwalny i trzeba było się cieplej ubrać.

_MG_1408_MG_1322 copy

Kolejnego dnia wybraliśmy się na bazar. Uzbrojeni w cierpliwość przeszliśmy przez stragany pełne wszystkiego, od owoców, warzyw, środków czystości, ubrań, żywych zwierząt w klatkach. Cel był jeden: kupić przyprawy. Długo nie szukaliśmy. Trafiliśmy na miłego Marokańczyka, który poczęstował nas herbatą z liści mięty i u którego kupiliśmy wszystko, co było nam potrzebne. Przy okazji, na bazarze spotkałam pana, któremu zrobiłam zdjęcie w tym samym miejscu dwa lata temu.

_MG_1498_MG_1504_MG_1512-2 _MG_1506-2_MG_1284_MG_1488-2 _MG_1093-2

Ostatni wieczorny spacer. Następnego ranka mieliśmy wyjeżdżać. Do zobaczenia, Maroko!

_MG_1555_MG_1559

20 przemyśleń nt. „One of those winter days

  1. Nigdy w Maroko nie byłam, ani nigdy mnie tam specjalnie nie ciągnęło – tak bywa. Ale teraz (z ręką na sercu!) to miejsce ląduje na mojej liście ‚must visit’! Przepiękna, przepyszna fotorelacja! :)

  2. Tola – zdjęcia są boskie! Klimatyczne i takie ciepłe! Strasznie spodobała mi się beżowa sukienka, skąd ja masz?
    Uściski!

  3. cudne zdjęcia, wy piękni, to jedzenie tak apetycznie wyglądające, te przyprawy mhmmmm – czuje je jakby leżały tuż obok mnie w mieszkaniu… C:

      1. może to Poznań tak nas rozleniwia? (-; albo… to zaraźliwe. jeśli tak, to wierzę w uleczenie! szkoda świata, by go nie zobaczyć, stwierdzam.

  4. Hej, tematycznie nie do posta, ale proponuję założenie konta na filmweb :) Tam też ocenia się filmy, zaznacza, które chce się zobaczyć itp. Na pewno wiele osób skorzysta, bo masz super gust :) Plisss :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *