Food-trucki, prosecco i ostatnie dni lata

W taki dzień jak dziś można oszaleć z powodu kulinarnego szczęścia. Zjazd food-trucków w Niedorzecznych rozpoczął się nieśmiałym podpatrywaniem, w którym wozie jakie jedzenie, a skończył się zmasowanym atakiem fanów burgerów, taco i wszelakiego mięcha. Chociaż wegetarianie też mieli co przegryźć. Przyjechałam z myślą pozaglądania innym w talerz, ale nie mogłam się oprzeć niektórym smakom. Z Bzu wręcz wzdychałyśmy do kilku dań, aż w końcu wzięłyśmy sprawy w swoje ręcę i poszłyśmy zamawiać.
Po kilku godzinach krążenia pomiędzy posiłkami, koczowania na schodkach nad Wisłą i odpowiadania sobie na pytanie: czego by tu jeszcze spróbować? udałyśmy się dalej. Trasa: solec – powiśle – śródmieście została opanowana. A po drodze jeszcze parę dobrych doświadczeń kulinarnych.
Nachosy z Wheel Meel, porządnie tłuste z dobrym ostrym sosem.
Mój brat wziął kawałek pizzy z Żuka. Była dobra, ale nie wybitna. Trattoria Rucola od dawna u mnie na pierwszym miejscu.
Bzu wzięła taco z Ricos Tacos. Podobno było przepyszne. Miks z wołowiną, z kurczakiem mole, czyli duszonym z czekoladą oraz z marynowanym kaktusem. Takich smaków brakuje w Warszawie. Przy okazji, poznajecie tego pana z tyłu? To Big Boi ze Street Food Polska.
Moja pita miała w środku sojową shwarmę. Do tego świeża surówka i sos z pasty tahini. Foodwózek Marrakesh godny polecenia. Koniecznie muszę zajrzeć do ich stacjonarnej knajpy.
Na drugie danie: chilli con carne z Roots Food Truck. Jedzone w kolejce po kolejne jedzenie (to było cudne!). Czekałyśmy na deser około 20 minut, ale było warto. Coś miękkiego od wewnątrz niczym clafouit, z wierzchu chrupiącego, słodkiego jak ciasto drożdżowe wymieszanie z gofrem… to było ciacho!
Ekscytacjom nie było końca. Ciepły, obsypany cukrem waniliowym węgierski przysmak, który mógłby się nie kończyć. To było coś niesamowitego. Ciacha znalazły oddzielne, głęboko ukryte miejsce w moim serduszku. Tym rozpływającym się w ustach daniem zakończyłyśmy naszą przygodę na food-truckowym zjeździe.
Kolejny przystanek to Solecc 44. Szybka lemioniada z miodem i burger dla męskiego towarzystwa.
Z Bzu miałyśmy ochotę na tajemnicze lody maślane, ale niestety akurat się skończyły.
Postój dla spragnionych (i zmęczonych jedzeniem) na Stacji Mercedes, w której odbywała się debata o architekturze, designie i przestrzeni miejskiej w Warszawie.
A na zakończenie dnia kolacja w Między nami, w której dania są zawsze na dobrym poziomie, a ich panna cotta jest mistrzostwem świata. Wróciłam do domu z pełnym, szczęśliwym brzuszkiem. Czuję, że od dziś po nocach będzie mi się śniło to węgierskie ciacho.

13 przemyśleń nt. „Food-trucki, prosecco i ostatnie dni lata

  1. Och, my też cały czas rozmawiamy o ciachach. Niesamowite. Na szczęście mijam je zawsze w drodze z pracy do domu, więc jest pewność, że nie uciekną ;-) Marrakesh też fantastyczny i też po drodze do domu. Bardzo fajny event! PS. Miło było Was z Bzu zobaczyć, szkoda, że się wahałam i w końcu nie podeszłam przybić tej hi5 ;-)

  2. To ciacho jest równie znane i równie popularne w Czechach i na Słowacji, gdzie nazywają to <> :) Tak samo kocham! Fajne butki, te z frędzelkami :)))

  3. wygląda pięknie! kocham Warszawę m.in. za to pyszne jedzenie i wyjątkowe miejsca. oby nie tylko węgierskie ciacho śniło Ci się po nocy! (;
    Coox

  4. Ale śmiesznie zobaczyć Bzu na innym blogu, czuje się jakby patrzyła na foty u siebie, bo i taki temat jedzeniowy, a to wcale nie mój blog haha :D

    Ten węgierski kołacz, to kurtosz;)

  5. Myślę że wam też tak dziewczyny smakowało jak mnie :D
    Podrwiwam BIGBOY (olbrzym stojący w okularach tle jednej z waszych fotek)!!!!
    Bless

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *