Miesięczne archiwum: Luty 2013

autumn is back

moja warszawa. trochę na zasadzie mokotów vs śródmieście. oswajanie się (za pomocą zdjęć) z nowym miejscem zamieszkania i tęsknota za starym. to były ostatnie ciepłe dni. jeszcze trampki i słońce, ale też jesień i spadające liście. w takich chwilach zenit jest niezastąpiony.

take this waltz | nieulotne

dwa wieczory i dwa filmy. jeden zachwycający, lekki, zabawny, mimo że jednocześnie balansujący na granicy smutku i melancholii. że też jeszcze kręcą takie filmy – zaskakujące. drugi – rozczarowujący, niby subtelny, ale jednak nijaki. spodziewałam się porządnej emocjonującej gry, a otrzymałam jakieś skrawki emocji. jak myślicie, który z tych dwóch filmów okazał się hitem?
hitem okazał się take this waltz. to perełka na tle szerokiego grona produkcji filmowych ostatnich lat. gdy myślę o podobnych filmach, przychodzą mi na myśl: an education albo beginners. podobny typ produkcji. film wyreżyserowany został przez sarah polley, którą możecie kojarzyć z życia ukrytego w słowach. od razu widać, że dla aktorki-reżyserki aspekt emocjonalny ma wielkie znaczenie i wie jak go pokazać w filmie, by nie zanudzić widza.
już w pierwszych minutach można zauważyć, że główna bohaterka margot (znakomita michelle williams) ma w sobie duże pokłady niepokoju, które karmi prostymi, domowymi czynnościami, organizując sobie schronienie w przytulnym domu i małżeństwie. gdy w podróży poznaje daniela, od razu przypadają sobie do gustu. rozmowa w samolocie staje się początkiem relacji. rozstają się w taksówce, ale nie na długo, gdyż okazuje się, że mieszkają na tej samej ulicy. tyle że margot ma kochającego męża i nie jest zainteresowana żadnym romansem.
i tu zaczyna się gra, przede wszystkich na emocjach. polley nie podsuwa żadnych radykalnych rozwiązań, nie kusi bohaterów, a mimo wszystko da się wyczuć, że tu coś iskrzy, a tam coś zgrzyta. margot co chwila zapewnia lou (męża) o swojej miłości, tak jakby próbowała zaklinać rzeczywistość. stawia na spontaniczność i na rozmowy, tymczasem jej mąż zajęty jest opracowywaniem przepisów do swojej książki kucharskiej i nie ulega  nastrojom żony. myśl o nieposkromionym sąsiedzie nie daje spokoju. daniel małymi krokami wchodzi w jej życie. niewinne i z pozoru przypadkowe spotkania z wolnym ptakiem, artystą, człowiekiem bez zobowiązań są ciekawą odskocznią od spokojnego, poukładanego małżeństwa. nie ma tu jednak mowy o romansie, bo to bezpieczne życie aż tak nie przeszkadza, by od niego uciekać.
scena na karuzeli jest kwintesencją tego filmu, ale też taniec do tytułowej piosenki take this waltz autorstwa leonarda cohena. w tej produkcji wszystko idealnie współgra ze sobą. emocje są na wyrównanym poziomie. bohaterowie podejmują przemyślane decyzje, które są wynikiem analitycznego podejścia do swoich potrzeb i szukania takich rozwiązań, które nie będą uwierać. kryzys powstały w małżeństwie nie wynika z żadnej tragedii. czasem po prostu tak się dzieje, a bohaterowie muszą sobie z tym poradzić na swój własny, najlepszy dla siebie sposób.
zupełnie odwrotne wrażenia mam po nowym filmie jacka borcucha nieulotne. spodziewałam się, że reżyser wzniesie się na wyżyny. tymczasem jest to nieudana i trochę niestrawna próba nakarmienia widza pięknymi zdjęciami i dramatem w tle. owszem, michał englert – autor zdjęć do filmu, zasługuje na uznanie i cieszy fakt, że dostał nagrodę na festiwalu w sundance, ale to trochę mało, by uznać film za wartościowy. moim zdaniem, borcuch pogubił się w tej produkcji. mamy tu romans młodych ludzi, mamy tragedię, która zmienia ich życie… ale nie do końca wiadomo, po co to wszystko. para studentów teoretycznie zderza się z bolesną rzeczywistością, ale tak naprawdę to zderzenie jest sztuczne, nijakie, wymyślone. spodziewałam się głębszych emocji, a nie bazowania na nieszczęśliwym wypadku.
od tego typu filmów nie oczekuję wielkiej fabuły czy pełnej zwrotów akcji, ale pewnego wejścia w psychikę bohaterów. tutaj mi tego zabrakło, tak jakby borcuch chciał przechytrzyć widza i omamić go kilkoma dramatami, a raczej strzępkami dramatów. jest kilka momentów, które zapadają w pamięć, zwłaszcza pierwsza część filmu, czyli to co działo się w hiszpanii. piękne ujęcia i dobry początek to jednak za mało, by długo pamiętać o tym filmie. nieulotne zdecydowanie stanie się ulotne.

croque madame

zima. temperatura około zera. a przed wejściem do niedawno otwartej na nowym świecie kawiarni croque madame stoi krzesło, a na nim uroczy koszyk z bagietkami oraz bułkami w kształcie serca. rozczuliło mnie to niesamowicie. dobry początek – pomyślałam. weszliśmy do środka z zamiarem napicia się czegoś ciepłego, nie będę pisać więc o jedzeniu, chociaż podglądałam kanapki na sąsiednim stoliku i były bardzo apetyczne. herbata podana w emaliowanym kubku powoduje mój uśmiech na twarzy. kolejna rzecz, która rzuca w oczy to biało-fioletowy (wręcz lawendowy) wystrój, piękne krzesła i drobne detale nadające miejscu uroku.
nowy świat pełen jest sieciowych kawiarni. oprócz petit appetit, nie ma tam zbyt wielu fajnych miejsc, w których można napić się porządnej kawy. z premedytacją w tej wyliczance pomijam ulubione wrzenie świata (to temat na osobny post), które jest jednak trochę na uboczu. croque madame ma więc przed sobą przyszłość i wydaje się, że ma czym przyciągnąć potencjalnego klienta.
ul. nowy świat 41
warszawa

nabo cafe

nabo to kawiarnia inspirowana skandynawią. mimo, że funkcjonuje od niespełna roku, zdążyła już zdobyć wiele nagród. na sadybie brakowało miejsca, które znane byłoby z dobrej, sezonowej kuchni opartej na naturalnych składnikach i nabo wypełniło tę lukę. powstało z miłości do tej dzielnicy i z miłości do gotowania, aby sąsiedzi mieli gdzie napełnić swoje żołądki. a w menu przede wszystkim: ryby. chociaż miłośnicy mięsa i warzyw również znajdą tu coś dla siebie. ten skandynawski powiew świeżości idealnie wpisał się w nasze dzisiejsze plany obiadowe.
grillowany łosoś na warzywach w sosie porowym
idealnie miękka kaczka z ziemniakami i buraczkami
z nabo wyszliśmy zadowoleni i przede wszystkim najedzeni. nie starczyło już miejsca na desery, a ciasta kusiły, zwłaszcza sernik. dla rodzin z dziećmi dodatkową atrakcją jest oddzielny pokój zabaw, w którym mogą zostawić swoje pociechy. to miejsce przyciąga minimalizmem, dobrymi smakami i sąsiedzką atmosferą. będziemy tam wracać. 

ul. zakręt  8
warszawa

Kubek w kubek

od jakiegoś czasu na nowo odkrywam mokotów i cieszę się na każde nowe miejsce, które tu powstaje. dobrej kawy czy herbaty nigdy za wiele, a w kubek w kubek taką znajdziemy. kawiarnia jest przeurocza. jasne, wysokie ściany tworzą przestrzeń. niby kilka stolików, ale miejsca jest całkiem sporo. gdy przychodzę tu około godz. 18, jest zupełnie spokojnie. mam ochotę na czekoladową tartę z solonym karmelem i cappuccino. zarówno kawa, jak również tarta – są bez zarzutu. pani właścicielka jest bardzo miła i chętnie odpowiada na moje wszystkie pytania dotyczące menu. czuję, że mogę tu odpocząć. podoba mi się prostota tego miejsca. kubek ma potencjał i tylko czekać, aż zaczną pojawiać się tu tłumy.
ul. grażyny 16 
warszawa